sobota, 24 maja 2008

Za wolność, 29 kwietnia 2008

Wokulirę S. poznałam w matatu. Zdziwiła mnie jego krytyczna postawa wobec ugandyjskiej rzeczywistości - na kolanach leżała teczka a na niej luźne kartki z wyjętymi fragmentami międzynarodowych dokumentów w systemie przestrzegania praw człowieka, szczególnie tych dotyczących wolności mediów.

Niezły tekst – wskazałam na jeden z ustępów. On pierwszy zapytał się, czy też jestem dziennikarzem. Następnego dnia brałam udział w zorganizowanym przez niego spotkaniu Human Rights Network – Uganda – stowarzyszenia dziennikarzy pragnących walczyć o swoje prawa. Najpierw na środek wyszedł Andrew M. – dziennikarz tygodnika Independent, aresztowany przed rządowych agentów przed domem za niepozytywną publikację dzień wcześniej. Po nim zaczęli występować inni: dziennikarze z Daily Monitor, Radio Sapiensia i inni z Independenta. Sceptycznie podchodziłam do ich wynurzeń. Nie mogłam powstrzymać myśli, że to spotkanie jest niezmiernie pompatyczne, wyreżyserowane, na wyrost – ten śpiewany przed spotkaniem hymn Ugandy, skandowane okrzyki: my chcemy wolnych mediów powtarzane przez zgromadzonych jak litania, zorganizowany przemarsz z przygotowanymi wcześniej kolorowymi plakatami. Gdy Wokulira zasugerował, że przejeżdżający obok Independenta samochód to kolejny patrol, stwierdziłam: to cyrk, farsa, Orwell, zwijam się stąd.


Seria kolejnych aresztowań i pobić zaburzyła jednak mój spokój ducha i postanowiłam dowiedzieć się więcej o batalii z tajemniczą, niezdefiniowaną siłą agentów rządowych. Co ciekawe, za sprawą Wokuliry wszelkie incydenty konsekwentnie znajdowały swój epilog w sądach. Prześladowani dziennikarze co dzień stawiali się na komisariatach, oczywistym stało się dla mnie powiązanie pomiędzy aresztowaniami a wcześniejszymi niepochlebnymi publikacjami. I patrzyłam na Wokulirę z niekłamanym podziwem. Daje ducha HURINET - żywemu ciału, czemuś zupełnie nowemu, nieobecnemu wcześniej w Ugandzie a będącemu przejawem prawdziwego, autorskiego i niekwestionowanego krytycyzmu.

Stworzyć coś swojego

Wydaje mi się, że ominęły mnie kolejne serie „Tańca z gwiazdami” i „Jak oni śpiewają”.


To spostrzeżenie przywodzi na myśl inne: w Ugandzie od początku mojego pobytu z miejscowych ust nie schodzi jedna z bodaj najbardziej zajmujących historii - perypetie wenezuelki Marii Clary i jej niespełnionej miłości, Alejandro. Tania nowela „Sekret miłości” to obowiązkowy punkt programu przyciągająca przed szklane ekrany Ugandyjczyków małych i dużych, nastoletnich chłopców i dorosłych mężczyzn, młode dziewczątka i matrony klanów. Podchodzą bezkrytycznie do serwowanej w serii papki, zdają się nie zauważać powtarzalnych schematów typowych dla tanio wyreżyserowanych programu typu Idol czy You can dance. Nie są w stanie ocenić czy dany program jest wyreżyserowany i w jakim stopniu.


Żywiołowe reakcje i rozemocjonowanie: prychania, jęki zawodu, parskanie śmiechem, cmokanie. Jedynie niektórzy podświadomie wyczuwają pewien schematyzm i są w stanie przewidzieć dalszy ciąg mydlanej historii.


Niepokoi, że młode pokolenie działa odtwórczo, kopiuje obserwowane zachowania. Nie czuje, że tworzy historię, nie zdaje sobie sprawy z posiadanej mocy twórczej. Nowe ugandyjskie programy telewizyjne bezmyślnie kopiują amerykańskie scenariusze. Charakteryzujące się niebanalnymi rytmami i niepoddające się znanym schematom ludowe przyśpiewki zostają powoli odarte z tego, co etniczne, tajemnicze i pociągające.W muzyce współczesnej chodzi głównie o nieskomplikowany tekst, i zawsze ten sam rytm, na dwa. W tym dość podzielonym kraju brakuje odwagi, by wskrzesić to, co ugandyjskie, takie inicjatywy powstają głównie za sprawą zaangażowanych działaczy organizacji pozarządowych.


Nadzieję na zdrowy nacjonalizm, narodziny tożsamości narodowej daje nabożeństwo, z jakim podchodzi się do lokalnego jedzenia. Mało jest produktów, które stałyby się bliższe miejscowym sercom niż matoke, milet czy kasawa. Żadna herbata nie przebije miejscowej lury Mukwano, tylko słona margaryna Blue Band i przyprawa Royco zaspokoją ugandyjskie podniebienia. Słodki kukurydziany chleb, który jakiś czas temu zawitał do sklepów zrobił furorę i stał się głównym elementem ugandyjskiego śniadania. Wata, jakich mało, ale wata ulubiona.